| Splosion Man |
|
|
|
| niedziela, 12 grudnia 2010 16:34 |
![]() Nieudane eksperymenty naukowe to bardzo wdzięczny temat i motyw fabularny eksplorowany przez wielu twórców na przestrzeni lat, drążony przez nich i badany na najrozmaitsze sposoby. Poprzez kino, książki, a teraz także i gry. Właśnie ta tematyka staje się udziałem wykreowanego z niezwykłą plastycznością tła zdarzeń na potrzeby kolejnego dzieła utalentowanego, choć skromnego w zasoby ludzkie studia Twisted Pixel, które zyskało zasłużony poklask nieszablonowymi niezależnymi produkcjami pokroju ich debiutanckiego The Maw, czy też kontynuującego wyrobiony prześmiewczy, a niekiedy wręcz zgryźliwy styl autorów najnowszego Comic Jumpera. Tak, bohaterem tego tekstu jest Splosion Man, ze wszech miar zupełnie nietuzinkowa platformówka 2,5D, a zarazem designerska perełka, która nieoczekiwanym gwałtem wdarła się bez choćby cienia nieśmiałości w szeregi najlepszych gier spośród wszystkich na XBLA, wymienianych jednym tchem przez cały wtajemniczony ogół.
Niemal jak w klasycznym filmie science-fiction „Mucha” Davida Cronenberga, zbiegiem serii niepomyślnych okoliczności wszystko idzie kompletnie nie tak. Schemat przewałkowany i konstrukcyjnie znany wszystkim. Napawające początkową dumą jego inicjatorów doświadczenie naukowe wymyka się spod jakiejkolwiek kontroli, a spontanicznie zrodzone dzieło, targane znanymi tylko sobie emocjami, przedostawszy się na zewnątrz rozpoczyna istną pożogę i nie do ogarnięcia chaos. Owym wybrykiem natury nie jest jednak ani człowiek mucha, czy też może człowiek widmo, lecz… Człowiek z ognia rodem, potrafiący, poprzez samozapłon, eksplodować nie czyniąc jednocześnie sobie żadnej krzywdy. To jednak, co z miejsca odróżnia grę od krwawego i raczej poważnego obrazu, jest obrana tu na rzecz prezentowanej historii charakterystyczna konwencja, a więc podobieństwa, chcąc nie chcąc, tutaj już się kończą. Trzeba bowiem wiedzieć, że Splosion Man niepozornie przemyca zupełnie niewymuszony, pasujący do gatunku gry purnonsensowy komizm, grający tu pierwsze skrzypce, a którym gra wprost kipi. Jednocześnie może to niezbyt ambitny typ humoru, ale wciąż na wysokim poziomie, mający się później stać niezaprzeczalnym atutem, główną wizytówką gry.
Ze Splosion Manem mam całe mrowie ciepłych i pozytywnych wspomnień. Zasadniczo to ze wstydem przyznaję, że moje początkowe podejście do tej pozycji było przyobleczone wręcz w nadgorliwą dozę sceptycyzmu, i tak zblazowany dokonałem swojego pierwszego zanurzenia w świat gry z przeświadczeniem, że prawdopodobnie również ostatniego. Cóż, kajam się najniżej. Pierwsze wrażenia delikatnie niepewne. Potem nastąpiły lekkie drgania emocji. A dalej już poszło jak z górki, powiedziałbym mało poetycko. Nie przypuszczałem po prostu, że dojdzie do takiej sytuacji, kiedy przy pozycji pokroju Splosion Mana dojdę do nielogicznej z pozoru konstatacji, aby – umownie rzecz biorąc – tak prostacka w swych założeniach gierka mogła mnie tak bezpardonowo wciągnąć znienacka niczym lotne piaski, zupełnie jak za dawnych lat, gdy traciło się młodość przy niezliczonych perypetiach platformowych Maria, Donkey Konga czy też Sonica. Zassać niekiedy nawet z mocniejszą siłą niż budżetowe molochy takiego kalibru jak Gears of War czy współczesne odsłony Call od Duty, udowadniając, że nie potrzeba wyrafinowanej „burzy mózgów”, przepojonych domniemaną kreatywnością koncepcji, aby móc się dobrze bawić. Teraz mogę z pełną premedytacją ukuć stwierdzenie, że Splosion Man, poprzez swoje sięganie do korzeni gatunku, jest w pełni ekwiwalentny tamtym kultowym grom, do których duchowo niejako równocześnie się odwołuje. Również w kwestii gameplayu, a ten w zasadzie nie zestarzał się ani o jotę… Ale, ale. Rozpływam się tak tu i ówdzie, a istota rzeczy nie została nawet jeszcze tknięta – w czym tkwi ta rzekoma, roztoczona tu magia?
Mawiają, że najlepiej zaczyna się po kolei. A więc bardzo rozluźniający, kpiarski charakter gry, który nie może się nie podobać. To rzecz nieodparcie wysuwająca się na pierwszy plan. W kontekście jej twórców, tyleż proste, co oczywiste. Wspominając o ewidentnych, ordynarnie zauważalnych inspiracjach klasykami gatunku, do pełni szczęścia w grze wystarczy wyłącznie przycisk skoku (i oczywiście gałka analogowa, jeśli ktoś się przypadkiem zafrasował). Tak po prostu, najzupełniej, z tym że… Tutaj kapitalnie wymyślona postać, zamiast zwyczajowo oddawać przyzwoite skoki jak to przystało na każdego innego defaultowego bohatera, tu jest zgoła inaczej - poprzez wzniecenie w sobie drobnej iskry samoistnie wybucha, i w efekcie, z pomocą tej dość osobliwej metody, siłą odrzutu przedostaje się zawsze i niezmiennie na platformy mieszczące się powyżej, nierzadko zresztą ruchome, tak dla ułatwienia. Jednak będąc już w powietrzu do trzech razy sztuka, inaczej ognisty potencjał protagonisty wygasa, co uwidaczniane jest wydobywającym się z niego słabym dymkiem, niczym z dogorywającego ogniska, a wtedy biada mu, jeśli właśnie niefortunnie spada ze świstem w kierunku basenu ze żrącym kwasem – bezwzględnie okrutna śmierć. Niezwykle często przy takich, ale i pozostałych sytuacjach składających się na tą wartką przygodę na przestrzeni mierzonej przez całą grę aż do samiutkiego jej końca, Splosion Man, ponieważ to postać z założenia nakreślona szczególnie humorystycznie, sypie całym mnóstwem przygotowanych przez twórców gagów, i zwyczajnie nie sposób w pewnym momencie przynajmniej choć z raz nie wykrzywić ust w uśmiechu bez żadnych krępacji ze swawolnych poczynań wybuchowego człowieka. To się też odnosi do gry jako całości, gdzie na każdym kroku mimowolnie można się natknąć na komediowe akcenty, że tak naprawdę koniec końców aż chce się ponownie wkroczyć do tego surrealistycznie zabawnego świata, niekiedy nawet po ciężkim dniu pracy. Bo także równie obficie pod tym kątem autorzy obdzielili całą gamę pozostałych występujących tu i ówdzie postaci, po komicznie bojaźliwych naukowców slapstickowo przerażonych wydostaniem się na zewnątrz owocu ich wcześniejszych eksperymentów w osobie tytułowego Splosion Mana, aż po zapadających na dłuższy czas w pamięci bossów, wykonanych z godną pochwały inwencją, potyczki z którymi są naprawdę ciekawe i angażujące w swojej formie, świetnie podtrzymują i tak już zręcznie budowany przed nimi dynamizm rozgrywki, stopniowany wraz z dalszym postępem zawrotnie biegnącej akcji (aczkolwiek walka z przeciwnikami, zwłaszcza jednym konkretnym ich typem, może przynieść niewprawionemu manualnie graczowi lekką gorycz w postaci odrobiny frustracji podczas zmagań z nimi, jednakże w akceptowalnych porcjach). Natomiast całkiem bogatą liczbę leveli, która powinna ukontentować nawet największych malkontentów utyskiwających na trend gier krótkich (a przecież to wciąż gra Arcade, z założenia „krótkodystansowa”, czemu Splosion Man, ale jednak tylko nieznacznie, odstaje od przydzielanej etykietki), z powodzeniem zaprojektowanych z drapieżną, chciałoby się rzec, pomysłowością, a także, a może nawet przede wszystkim, oldschoolowym sznytem, starszym graczom bezbłędnie przywodzącym nostalgiczne wspomnienia, w tym i niżej podpisanemu. Każdy ich zestaw ma swój – powiedzmy – motyw przewodni oraz charakterystyczne cechy, które nieustannie zmieniają się jak w kalejdoskopie. Wykonanie graficzne jest stylowe i widać, że pochodzi z wyższej półki, a sami autorzy nie odstawili niekompetentnej fuszerki, tak znanej i rozlegle powszechnej – jest pstro i kolorowo zewsząd gdzie nie spojrzysz, przy czym uspokajam jednocześnie, że oczopląsu nie dostaniesz, tła i obiekty zanimowano w sposób zdroworozsądkowy. Brzmi to nader typowo, ale tak nie jest – trzeba to po prostu zobaczyć na własne oczy i dać się bez oporów porwać tej atmosferze. Zmaganiom towarzyszy absolutnie zwariowany soundtrack, elektryzująco ilustrujący niesłychanie szybkie tempo gry; lekko jazzujący, z kapitalnie akompaniującymi chórkami tworzy unikalny efekt, przywodzący niekiedy na myśl klasyczne gonitwy kreskówkowych postaci rodem z Looney Tunes, czy też sięgając z innego bieguna – muzykę z kultowej komputerowej przygodówki The Neverhood.
Wystarczy zdawkowo jeszcze wspomnieć, co się dzieje na ekranie, gdy na (nie)jednym poziomie nagle całe laboratoria zostają zalewane wodą (a później nawet żrącym kwasem), a człowiek z ognia, naszymi rękoma, musi czym prędzej utorować sobie drogę ku górze, by nie zostać „ugaszonym”, a tam znów bez możliwości zaczerpnięcia tchu zostaje wciągnięty w kolejny wir wydarzeń. Gra jest przyjemnie trudna, ale nie w tak drażniący sposób jak choćby konkurujący o miano najlepszej platformówki Super Meat Boy, gdzie jedną krótką sekcję powtarza się tylko po to setki razy, doprowadzając przy tym do nieprzyjemnych zgrzytów zębami, by po chwili i tak polec ponownie tuż za następnym zdradliwym rogiem. Tu cały czas rozchodzi się przede wszystkim o spójną dobrą zabawę, pozbawioną niszczących budowany klimat zastojów, a nie zbędną frustrację dla samej idei bycia wymagającą grą, której żadna z szanujących swój czas osób w wydatnej konsekwencji nie przejdzie i na tym zamierzeniu już raczej poprzestanie. Można również pomierzwić po głowach z niekłamanym zadowoleniem twórców za fakt, że implementując komponent multiplayerowy nie ograniczyli się oni wyłącznie do normalnie spodziewanego, zwykłego przystosowania go do gotowych już leveli, dla uproszczenia nazwijmy je „kampanijnymi”, dla swoistego przyoszczędzenia czasu, ale przygotowali zupełnie oddzielny zestaw nowych (i równie licznych) poziomów tym razem pod rozgrywkę sieciową aż do czterech osób, a spreparowanych ze szczególnym naciskiem na skoordynowaną współpracę, bez której zwyczajnie się nie obędzie ze względu na charakterystyczną specyfikę podstawionych łamigłówek. Tak postawiona sprawa czyni grę jeszcze bardziej kompletną i sycącą, pozostawiając każdego kto trzyma pada w rękach z autentycznym wrażeniem, że obcował z gruntownie przemyślaną i rzetelnie zmontowaną produkcją, w której osiągnięto wszystko, co pierwotnie zamierzono uwzględnić ku nieposkromionej uciesze graczy. Po prostu palce lizać (ale tylko swoje…).
Splosion Man to bardzo wyczerpujący tematykę platformową tytuł, a zarazem na swój sposób bardzo inteligentny, pomimo podkreślanych co rusz na każdym kroku humorystycznych akcentów. Przede wszystkim jednak to pozycja stawiająca na czystą nieskrępowaną grywalność, jakby ponad wszystko inne. Widać bez zbędnego wysiłku, że autorzy włożyli wiele swojego serca, co uwidacznia choćby kompletnie niespodziewany jak na tego rodzaju produkcje (osobiście bardzo łatwo zapominałem, że to „tylko” gra Arcade) sposób realizacji nieuchronnego zakończenia, a wraz z nim nawet samych napisów końcowych. W zasadzie aż do chwili kompletnego ściemnienia ekranu i wyciszenia ścieżki dźwiękowej, a potem restartu gry do menu głównego czuć tu w każdym, nawet nie rejestrowanym za pierwszym podejściem świadomie elemencie, pewną drobiazgowość i solidne przywiązanie autorów do ich własnego dzieła, choć ostatecznie skromnych przecież rozmiarów. Przechodząc grę jeszcze raz można wyłapać niejeden sprytnie zaszyty smaczek. Czar i charyzma tego tytułu, jak i jego zabawnego bohatera ze swoimi karykaturalnymi obsesjami, z dziwacznym zamiłowaniem do ciast i tortów urodzinowych na czele (co i dlaczego, pozostawiam już Wam do odkrycia), są tak rozczulająco ujmujące, że nie pozostaje mi nic innego, jak szczerze polecić niepozornego, ale jakże sympatycznego Splosion Mana, a przynajmniej dać szansę wersji trial (cena pełnej – 800 MSP). Za podsumowującą rekomendację niech posłuży fakt, że gra osiągnęła niemały sukces i akurat uzasadnioną, wysoką sprzedaż. Ja już czekam na sequel.
Zaknafein
Grę możesz pobrać klikajac tutaj
|
| Poprawiony: niedziela, 12 grudnia 2010 21:55 |








Komentarze
Gościom z Twisted Pixel musi się ewidentnie nudzić po godzinach
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.